Mój największy przeciwnik

Mój największy przeciwnik

Na stole znajdowała się paczka otwartych czipsów, moje piwo, bongo i rozrzucona talia kart od Dobble, bo zawsze podczas „naszych” wieczorków namiętnie łupaliśmy w tę grę.

Czarna płyta po raz kolejny grała debiut Briana Fallona, bo zawsze uwielbiałem go słuchać na emce.

Siedzieliśmy z Sarną w salonie przy przyciemnionym świetle, a mój plecak podróżny był już spakowany, wręcz nabity ciuchami i podręcznymi pierdołami, aż trzeszczały szwy.

– Jutro wyjeżdżasz – rzuciła niby od niechcenia Sarna i pogłaskała mojego kota pomalowanymi jak zwykle na czarno paznokciami.

Boję się trochę. Siebie przede wszystkim. Bo z resztą sobie poradzę – odpowiedziałem najszczerzej, jak tylko potrafiłem i poczułem się nagi, choć miałem na sobie ciepłe skiety, dresy, moją ulubioną bluzę Blood For Blood, a dodatkowo byłem szczelnie przykryty kocem. W takich chwilach człowiek czuje się jednak totalnie ogołocony ze swojej codziennej zbroi emocjonalnej.

Będzie dobrze, dzieciak. Zapracowałeś sam na wiele rzeczy. Jesteś self-made – zapewniła mnie Sarna.

– I self-destruct – odpowiedziałem.

Jadąc na drugi dzień dostawczakiem do Gdańska z całym moim dobytkiem, zadawałem sobie wiele pytań. Będąc w połowie drogi do celu, pomyślałem: – To zabawne, że w pewnym momencie człowiek staje się swoim największym przeciwnikiem. Kiedy to się stało?

Więcej nie dało się „pociągnąć” – licznik wskazywał zaledwie 120 kilometrów na godzinę, ale mimo to czułem się jak pan świata. I swojego losu.