28 dnia sierpnia 2005 roku przypadło nasze wielkie wejście w prawdziwy świat koncertów i namacalnego, muzycznego smutku.
Niedługo po tym wydarzeniu zacząłem farbować włosy na czarno i nosić sprane marynarki z lumpa, w które z wielkim zaangażowaniem wpinałem mroczne badziole i zardzewiałe agrafki. Wszyscy byliśmy znacznie młodsi, a wielu z naszych bliskich wciąż żyło, dając nam energię i poczucie wspólnoty, którego tak bardzo teraz łaknę i którego tak bardzo mi brakuje, gdy deszcz przykrywa ulice polskich miast.
To był nasz wielki dzień. Na dworzec zawiozła nas moja rodzina, równie przejęta, co szczęśliwa, że spełniamy swoje kiełkujące marzenie. Gdy wsiedliśmy w pociąg do stolicy Niemiec, byliśmy już zdani tylko na siebie.
Piwo w olbrzymim kompleksie parkowym przed koncertem. Letniskowe domki, które wcześniej znałem tylko z podupadłych ośrodków nad polskimi jeziorami. Festiwal klonów Roberta Smitha, cybergothów, deathrock’owców, zadbanych w każdym calu mrocznych odszczepieńców.
Koncert, który był takim ładunkiem emocjonalnym i fizycznym, że mój młody organizm ledwo to przetrawił. A później nasz drugi cel – after w jakiejś dawnej stacji kolejowej, gdzieś w innej części obcego, wielkiego i nieprzyjaznego nam miasta.
Murzyn patrzący na nas spod byka na wyludnionym dworcu o 2 w nocy, gotka z Wiednia w czarno-zielonych włosach, którą znalazłem później na MySpace. Turasy napierdalające się między sobą w swojej kebabowej spelunie, tuż przy przejściu podziemnym, w którym nie mogliśmy liczyć na nikogo. I w końcu ten owiany mgłą i dymem klub, z którego dobiegały dźwięki „Six Different Ways”. Nim poczuliśmy się jak u siebie na leżakach w ogródku, trzeba było już wracać na Lichtenberg.
Przetrwaliśmy. Wtedy i dwadzieścia lat później. Ale nie każdemu z naszych bliskich się to udało.
Po latach napisałeś mi, że byłeś też przerażony perspektywą spędzenia nocy w Berlinie. Że nas ten wielki świat zadźga gdzieś w bramie, albo jakiś doliniarz sprzeda adidasa na brudnej ulicy. A później okazało się, że świat nie jest taki straszny, że stoi z otwartymi ramionami i się uśmiecha na samą myśl, że w niego wchodzimy.
W tej samej wiadomości po latach napisałeś mi, że szkoda, że ten wielki świat okazał się takim labiryntem, z tyloma pułapkami. Ocierałeś łzy pod sceną, pierwszy raz w życiu, później robiłeś to wiele razy, ale to już nie było to samo. Dla mnie również nigdy nie będzie to tym samym.

