Klub gorzowskich samobójców

Klub gorzowskich samobójców

Jeśli chodzi o wizję samobójstwa, zawsze chciałem zapić się na śmierć, jak Nicolas Cage w „Zostawić Las Vegas”.

Któregoś razu wytatuowałem sobie co prawda na żebrach pętlę, ale był to tylko symbol – śmierci przez powieszenie zdecydowanie nie brałem pod uwagę. Po prostu nie chciałbym, by ktoś znalazł mnie z obsranymi i obszczanymi spodniami. Jak odchodzić, to na własnych zasadach i z godnością.

Nie lubiłem rozmawiać o tych myślach z ludźmi, zresztą chyba każdy młody człowiek prawiący o swojej śmierci może liczyć co najwyżej na pobłażliwy uśmiech. Jebać. Lecz ja nie byłem licealistą zapatrzonym w Kurta Cobaina, a moja autodestrukcja była zakorzeniona już w czasach chujowego dzieciństwa, o którym chciałbym zapomnieć i o którym nie będę wam opowiadał. Moją jedyną, zaufaną osobą, z którą mogłem szczerze pogadać o własnym końcu był Hirek. On sam zresztą miał wobec siebie pewne plany. Hirek wszczepiał sobie implanty w ciało, wciskał w uszy ogromne tunele i podwieszał się na hakach. Wychował się bez rodziców i przez całe życie towarzyszyło mu przeświadczenie, że jest osobą niezrodzoną z ludzkiej miłości, a co za tym idzie człowiekiem, który nie powinien żyć i cieszyć się szczęściem.

Drogi moje i Hirka zetknęły się w momencie, gdy poznałem świat taniego alkoholu i dopalaczy. To gówno trzepało do tego stopnia, że nie widziałem kim i gdzie jestem. Jedni lubią machać ciężarami na siłowni, inni wolą napierdalać się w lasach pod klubową banderą, a my wyładowanie znajdowaliśmy na Kanale Ulgi, gdzie w krzakach, gdzieś między przepompownią a obwodnicą, odpływaliśmy do nieprzytomności. I gdy dochodziliśmy do siebie po kolejnym haju, zwykliśmy rozmawiać o wszystkich bolących i nierozwiązanych sprawach. Jak również o rozwiązaniu ostatecznym.

Hirek dopiął swoje sprawy latem 2017 roku. Nie uprzedził mnie i się nie pożegnał. Siedziałem na ławce z koleżanką w okolicach stadionu żużlowego, gdy jej sąsiadka idąca z psem na spacer zakomunikowała, że na wysokości OTL-u młody mężczyzna wskoczył pod szynobus. Poczułem dreszcz pod skórą i momentalnie wiedziałem o kogo chodzi i co się wydarzyło. Sam postanowiłem przejść na drugą stronę rok później.

To było najgorętsze lato dziesięciolecia. Topiliśmy się w tych afrykańskich upałach, na mieście dzieci chłodziły się pod porozstawianymi przez PWIK kurtynami wodnymi, a specjalistyczne serwisy nie nadążały z naprawami systemów klimatyzacji w większości gorzowskich biur. Byłem zdecydowany. Jak Nicolas Cage w „Zostawić Las Vegas”. Formalnie urlop rozpoczynałem od poniedziałku, ale już w piątek po pracy pojechałem do Tesco na Górczyńskiej i wszystkie oszczędności wydałem na różnego rodzaju alkohole. Wiedziałem, że śmierć nie przyjdzie od razu i będę musiał na nią zapracować chronicznym piciem przez długie dni. Miałem nadzieję, że wystarczą mi te dwa tygodnie, tak by nikt mnie przypadkiem nie odnalazł jeszcze za życia, gdy nie pojawię się po przerwie w pracy.

Picie rozpocząłem jeszcze tego samego dnia. Stopniowo coraz bardziej ograniczałem kontakt ze znajomymi, tak by w chwili ostatecznej mieć całkowity spokój. Po tygodniu przestałem ładować telefon i odłączyłem wtyczki od internetu. Z biegiem czasu noc mieszała mi się z dniem, jawa ze snem, a pragnienia ze wspomnieniami. Nie czułem lęku i nie miałem już do nikogo pretensji. Przestało mnie obchodzić otoczenie, swoje potrzeby załatwiałem do miski, bo nie miałem już siły chodzić do kibla. Zapomniałem o jedzeniu, pojąc się tylko wysokoprocentowymi trunkami, których część i tak wracała do prowizorycznej toalety. Uparcie dążyłem jednak do przodu i do swojego ponurego celu.

Gdy pod moim blokiem zawyły syreny, był to 12 lub 13 dzień picia. Od kilku dób miałem już zwidy, więc za bardzo się tym całym ambarasem nie przejąłem. Leżałem w półśnie, gdy na klatce słychać było krzyki sąsiadek i komendy strażaków. W pewnym momencie jeden z ratowników zaczął walić w moje drzwi. Prawdopodobnie nie zamknąłem ich od środka, bo rosły chłop w całym umundurowaniu po chwili znalazł się w moim mieszkaniu i podniósł mnie z podłogi. Nie byłem w stanie samodzielnie iść, jedynie objąłem ramieniem jego szyję, a ten wyniósł mnie z budynku na podwórko. Momentalnie zajęli się mną medycy, którzy wpakowali moje wątłe ciało do karetki i zawieźli do lecznicy na Dekerta.

Uratowało mnie rozszczelnienie gazu w bloku. W szpitalu dochodziłem do siebie kolejne dwa tygodnie.
– Masz teraz po tym wszystkim kaca, takiego moralnego? – zapytała mnie któregoś popołudnia moja starsza siostra. Marta, by mnie poniańczyć, przyleciała do Polski aż z Australii. Wyraźnie nie była z tego powodu zadowolona, zresztą nigdy nie mieliśmy dobrych kontaktów.
– Największy kac zwany jest życiem – odpowiedziałem siostrze i wytarłem ręką czoło z kropelek potu w te przeklęte, najgorętsze lato dziesięciolecia.